A+ A A-

Charyzmatyczny ks. Wojciech Drozdowicz

Oceń ten artykuł
(48 głosów)
ks. Wojciech Drozdowicz, fot. Daniel Ciesielski ks. Wojciech Drozdowicz, fot. Daniel Ciesielski

Jeden z najbardziej charyzmatycznych polskich księży katolickich. Wikariusz łowicki w latach 1983 - 1987.

Animator kultury, obecnie proboszcz parafii bł. Edwarda Detkensa pokamedulskiego kościoła na warszawskich Bielanach, do którego na coniedzielne msze zjeżdżają pielgrzymki z całej i nie tylko Warszawy.

Od czasu kiedy ks. Drozdowicz w ówczesnej kolegiacie łowickiej był wikariuszem minęło ponad dwadzieścia lat. Jednak legenda związana z charyzmatyczną osobowością księdza ciągle pozostaje żywa.

 

Na początku gwoli ścisłości wyjaśnię, co oznacza słowo charyzma. Etymologię tego słowa wywodzi się z języka greckiego, w którym charis oznacza urok, wdzięk, a także coś dane za darmo. Od charis, pochodzą Charyty, greckie boginie wdzięku. Odpowiednikiem greckiego charis, jest łacińska gratia.

Kiedy myślę o charyzmatycznych duchownych, przychodzą mi do głowy dwie postaci: ks. Popiełuszko (o którym Agnieszka Holland zrealizowała legendarny film „Zabić księdza”, niegdyś emitowany w każde Święto Zmarłych w TVP) oraz ks. Drozdowicz, który sam imał się realizowania rozmaitych programów w telewizyjnych „Ziarno”, redagowaniem czasopism („Kolegiatka”, „Las Bielański”) oraz integrowania wszelkiego rodzaju działań artystycznych, m. in. w Łowiczu.

 

Łowicz w życiu ks. Drozdowicza

Ksiądz Drozdowicz urodził się w 1954 roku w Warszawie. Studiował w warszawskim Wyższym Seminarium Duchownym. Święcenia kapłańskie przyjął w 1981 roku. Najpierw był wikariuszem parafii św. Zygmunta w Słomczynie, następnie od roku 1983 parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Łowiczu. Od początku pracował z dziećmi. Znany był z charyzmatycznych mszy oraz z innowacyjnych pomysłów. Ksiądz Drozdowicz redagował „Kolegiatkę”, którą rozdawał na niedzielnych mszach. W rzeczywistości były to malutkie odbitki zdjęć pomniejszane na powiększalniku. Poza tym „bawił się” w operatora kamery. Kręcił życie łowiczan, aby z materiału zarejestrowanego na taśmie zmontować „Wiadomości Kolegiaty”, które emitował po niedzielnej Mszy Świętej, wykorzystując telewizor umieszczony w kościele.

Ale nie tylko media były źródłem zainteresowań księdza. Sprawdził się bowiem również jako budowniczy „góry lodowej”, którą zbudował z drewnianej konstrukcji obwieszonej płótnami i innymi materiałami. Zamarznięta woda utworzyła lód i tak powstała kilkumetrowa góra lodowa podświetlana od środka. No cóż, można rzec, że ksiądz Drozdowicz był pierwszym góralem Mazowsza (dopiero drugim Stanisław Romaniak, który w podłowickich Bobrownikach również usypał górę).

Kolejnym pragnieniem księdza było sprowadzenie na ziemię łowicką z poznańskiego zoo osiołka. Od tego czasu osiołki po dziś dzień towarzyszą życiu księdza. Niestety nie był to dobry pomysł, bowiem łowiczanie, wbrew temu, że ksiądz nazwał osiołka pięknym imieniem Biedaczyny z Asyżu, Franciszek, łowiczanie szydzili z osiołka, wołając na niego „Urban”.

To były, zdaje się, najbardziej świetlane i charyzmatyczne czasy tejże parafii. Było po co chodzić do kościoła. Prawda, nie udało się księdzu Drozdowiczowi uruchomić Podziemi Kolegiackich, tak jak w przypadku warszawskich Podziemi Kamedulskich, gdzie ksiądz urządził artystyczną kawiarnię. Ale przed łowickim kościołem była szopka, a osiołek dreptał wokół niej. Niestety niedługo później osiołek zdechł.

W Łowiczu zrodził się też pomysł spania w trumnie, który towarzyszy księdzu do dzisiaj. Otóż po uroczystościach modlitwy za zmarłych kanoników ksiądz Drozdowicz przeniósł trumnę z kościelnej dekoracji i wykorzystał ją jako łóżko dla siebie.

Pozostaje jeszcze słynna historia z telewizorem, który roztrzaskał siekierą na zabytkowej kolegiackiej ambonie podczas jednej z niedzielnych mszy dla dzieci. Wkrótce potem odszedł z parafii.

Warto wspomnieć o kolędach w wydaniu księdza Drozdowicza. Odbywały się w asyście instrumentalistów, grały: akordeon, skrzypce oraz gitara. Takich inicjatyw podejmował się ksiądz Drozdowicz w Łowiczu. Szokował w kościele niczym Jim Morrison na scenie. Zresztą w obu osobowościach znajdujemy wiele cech wspólnych.

 

Po Łowiczu

W 1987 roku ksiądz Drozdowicz przeniósł się do Warszawy i zajął się redakcją „Ziarna”, telewizyjnego magazynu dla dzieci. Któż z nas nie pamięta czołówki tego programu W świecie kłamstwa i lęku, krąży prawdy ziarenko…? A że było to tuż po czteroletniej pracy księdza w Łowiczu tym bardziej z uwagą śledziliśmy sobotnie „Ziarnowe” poranki w telewizji. Ksiądz do programu zapraszał artystów, czasem nawet kontrowersyjnych, dość wymienić Jana Borysewicza z legendarnego Lady Pank, który w „Ziarnie” wykonał swoje solowe „numery”. Przed pielgrzymką papieża Jana Pawła II do Polski w 1991 roku na powitanie papieża wraz z dziećmi oraz Andrzejem Krzywym z grupy De mono Drozdowicz nagrał teledysk na dachu domu. Piosenka nosi tytuł „Parafian blues”, ksiądz śpiewa i gra w niej na kontrabasie. Spotkanie dzieci z „Ziarna” z papieżem miało charakter improwizowanych pytań. Pytania czasami wprawiały papieża w zakłopotanie. Jedno z pytań brzmiało: „Czy papież lubi gumę Turbo?”

Prowadzący program „Ziarno” po księdzu Drozdowiczu nigdy nie dorównali mu nawet w części charyzmą i władzą.

Następnie, ksiądz Drozdowicz podjął się misji na Syberii, gdzie pracował m. in. w tamtejszych mediach. Ale to już temat na inny artykuł, bowiem ten dotyczy stricte mazowieckiej (łowicko – warszawskiej) działalności artystycznej.

 

Podziemia Kamedulskie

„Klimatyzacja, integracja, echolokacja, jazz i kwas. Internet bezprzewodowy, herbatkę serwuje proboszcz, czynne codziennie 12-17 (oprócz sobót)”. Takie oto słowa widniały na bilbordzie Podziemi Kamedulskich, które Wojciech Drozdowicz założył w 2002 roku. Tutaj bowiem od 1999 roku (po powrocie do Polski) pełni funkcję proboszcza parafii na warszawskich Bielanach przy ulicy, Dewajtis. Podziemia obficie wyposażone w antyczne meble (kredensy, szafy, stoliki, krzesła i kanapy). Na kolumnie głośnikowej stoi wielki patefon. Na scenie, którą zbudował ksiądz, stoi mały dziecinny retro rowerek oraz drewniany konik na biegunach. W jednej z naw wznosi się piec chlebowy. W kawiarni znajduje się również aparatura audiowizualna, na dużym ekranie ksiądz wyświetla filmy, czy też koncerty. Jak to bywa w zwyczaju dobrej kawiarni, znajduje się również fortepian, zaś w kuchni kawiarni stoi ciśnieniowy expres do kawy z fikuśnym wyświetlaczem. Kawa serwowana jest w starej artystycznej porcelanie. W Podziemiach Kamedulskich w ciągu 10 lat odbyło się wiele koncertów, spektakli teatralnych, wieczorów poetyckich, projekcji filmowych, wernisaży oraz prób. Występowali tam artyści „Piwnicy pod Baranami”, dość wymienić Marka Grechutę, Annę Szałapak. Grali również Alosza Awdiejew, czy Antonina Krzysztoń. Były czwartki jazzowe. Odbywały się próby zespołu Antoniny Krzysztoń, koncerty poezji śpiewanej m. in. Starego Dobrego Małżeństwa, a także liczne rekolekcje, spotkania kół naukowych czy też promocja debiutanckich tomików poetyckich, sympozja oraz konferencje naukowe, a także ćwiczenia uniwersyteckie. Regionalne potrawy: żurek w chlebie, ogórek kiszony oraz chleb ze smalcem, czy też szarlotka, to tylko niektóre ze specjałów kuchni pokamedulskiej. W każdą niedzielę w czasie i po mszy goście mogą w podziemiach kościoła wypić kawę, herbatę oraz zjeść ciastko. Można tam spotkać ciekawych ludzi, artystów, aktorów, naukowców.          

Ksiądz Drozdowicz znany jest z osobliwego, ale jakże ludzkiego, sposobu bycia. W czasie rekolekcji bożonarodzeniowych w 2003 roku z racji dużego mrozu i zimna w Podziemiach Kamedulskich zaprosił studentów oraz wykładowców do swojego domku pokamedulskiego, gdzie było ciepło. Studentki robiły herbatę w kuchni, ktoś grał kolędę na gitarze w pokoju z kominkiem, w którym to pokoju w rogu stoi kontrabas znany z teledysku „Parafian blues”. Ilekroć zaglądam w okna domku księdza, zawsze w kuchni pali się mała żarówka, a w kominkowym pokoju na stole zawsze znajdują się osobliwe przedmioty: stary młynek do pieprzu, czy też jakiś dęty instrument. Kiedyś do księdza drzwi zapukał dziekan polonistyki pobliskiego uniwersytetu Prof. dr hab. Tomasz Chachulski, ksiądz Drozdowicz otworzył drzwi i powitał profesora słowami: „No wreszcie przyszedłeś!” Po czym profesor, pochyliwszy głowę, ujrzał małego kotka pod swoimi nogami.

 

Na wieży: Ptasia telewizja i Pan Wołodyjowski

Amatorzy ciekawych mszy świętych znajdą na pewno miejsce dla siebie w parafii pokamedulskiej na Bielanach. To kościół, który nigdzie nie ma zamkniętych drzwi, z kościoła górnego można bez problemu przejść do podziemi czy też na balkon chóru. Na wieży kościoła ksiądz Drozdowicz wraz z ornitologami umiejscowił kamerę. Dzięki niej możemy śledzić na ekranie telewizora w kościele „ptasią telewizję”, przylot pary, wysiadywanie jaj, a wreszcie przyjście na świat oraz wzrastanie jerzyków. Ksiądz Drozdowicz jako proboszcz „leśnej parafii” zwraca uwagę na ochronę przyrody, zwłaszcza, że mieszka w rezerwacie Las Bielański, które istnieje od 1973 roku w Warszawie.

Wieża Bielańskiego kościoła zwraca też uwagę rozchodzącym się z niej hejnałem Memento mori. Słowa te przypominają o dawnych gospodarzach tego miejsca, pustelnikach kamedułach. To tu według Henryka Sienkiewicza przebywał Pan Wołodyjowski jako brat Jerzy, o czym przypomina dziś jego postać – rzeźba (o twarzy Tadeusza Łomnickiego) w okienku wierzy kościoła. Jest to oczywiście też inicjatywa księdza Drozdowicza.

 

Inne… na zakończenie

W 2006 roku ksiądz Drozdowicz był gościem XII Przystanku Woodstock, na którym rozmawiał z młodzieżą na temat religii. W 2012 roku w Podziemiach Kamedulskich rozpoczął działalność Klub Kapuściany. Przez 40 dni uczestnicy mszy na znak przynależności do klubu dostawali zielone legitymacje oraz miskę zupy czerpaną z wielkiego garnka ustawionego na scenie podziemi.

Ksiądz Drozdowicz ma oczywiście osiołka Franciszka, pragnienie i pomysł, które zrodziły się jeszcze w Łowiczu w latach 80–tych. Tutaj w Warszawie nikt nie dziwi się obecności osiołka Franciszka przy samym kościele, jak to miało miejsce w Łowiczu, natomiast wszyscy się nim zachwycają, a ksiądz w każdą Niedzielę Palmową wraz z dziećmi przemierza na osiołku teren wokół kościoła, wierni zaś pod kopytka zwierzątka ciskają palemki.

Od 2003 roku ksiądz miał kilka samochodów, zawsze jednak niezmiennie były to Volkswageny Garbuski. Najpierw pamiętam żółty, potem bordowy, a teraz ma dwa: biały oraz biało-czerwony. Charyzmatyczne jest to, że wybrał sobie samochód pasujący do jego stylu oraz osobowości. Studenci UKSW wspominali czasy, kiedy to ksiądz ubrany w sutannę pomykał małą motorynką przez Warszawę.

Pamiętam msze, na których wierni zachęceni przez księdza wysyłali smsy na rzecz pewnej fundacji i nagle rozlegał się potęgowany akustyką kościoła dźwięk potwierdzenia wysłania wiadomości. Ksiądz puszczał też w kościele fruwającego gołąbka, znak Ducha Świętego, a 6 grudnia któregoś tam roku zszedł z wieży kościoła „prawdziwy” Święty Mikołaj.

Ksiądz Drozdowicz ma drewnianą artystyczną szopkę bożonarodzeniową przy kościele (dzieło artysty Józefa Wilkonia), przed którą drepcze osiołek Franciszek, a w żłobku której na sianku wylegują się koty. Transmisje tego leżakowania można niekiedy zobaczyć w podziemnym kamedulskim kinie. Koty chodzą też po całym kościele podczas niedzielnych mszy. Oprócz wymienionych już zwierząt należy jeszcze wspomnieć o barankach i kózkach, które również znalazły schronienie w warszawskiej zagrodzie proboszcza Drozdowicza. Ksiądz na Boże Narodzenie przed swoją szopką gra kolędy na harmonijce ustnej, to kolędowanie transmitowała warszawska telewizja regionalna TVP3 w 2009 roku.

Na Bielanach warszawiacy od dziesięcioleci wypoczywają, spędzając niedziele. Jak śpiewała Maria Koterbska: „Karuzela na Bielanach co niedziela…”, w myśl tych słów ksiądz Drozdowicz przy swoim kościele też ma karuzelę. Jest to drewniana mobilna rzeźba, ozdobiona metalowymi rybami, drewniane zwierzątka zaś służą jako siedziska dla dzieci. Dzielni rodzice siłą swych mięśni sprawnie wprawiają karuzelę w ruch „jak przyjemnie, gdy świat kręci się wokoło, świat cały, ty i ja, ach jak przyjemnie, że jeszcze tych niedziel przed sobą tyle mam”.

Szkoda, że ksiądz Drozdowicz nie jest proboszczem Bazyliki Łowickiej, wówczas na pewno można byłoby wypić kawę w „Podziemiach Bazylijskich”, obejrzeć „Ostatnie kuszenie Jezusa”, czy też zobaczyć koncert Hendrixa, na zewnątrz zaś popatrzeć na osiołka. To przecież tutaj w Łowiczu rozwijała się artystyczna osobowość księdza, to tutaj w Łowiczu pojawił się osiołek, wielka szopka, trumna, które są w życiu księdza do dzisiaj. Zamiast góry lodowej, która była w Łowiczu, na warszawskich Bielanach stanęły „Schody do nieba”. Są to metalowo-drewniane schody zabiegowe. To w Łowiczu zaczęły się zabawy mediami: w Łowiczu były to „Kolegiatka” oraz „Wiadomości Kolegiaty”, w Warszawie zaś do niedawna jeszcze był to „Las Bielański”, mała gazetka z ewangelią na każdy dzień tygodnia, dostępna dla wszystkich za darmo, wystawiona w wielkim wiklinowym koszu przy wyjściu z kościoła.

Zastanawiam się, kto może mieć zdjęcia z czteroletniej posługi księdza Drozdowicza w Łowiczu. Poza tym on sam też wówczas fotografował i robił odbitki, które rozdawał podczas mszy świętych, więc może ktoś mógłby „wrzucić” te fotografie do internetu lub przesłać do naszej redakcji?

Tymczasem w Łowickiej Bazylice smutno. Nie ma osiołka, nie ma całorocznej szopki, nie ma góry lodowej, nie ma osobliwych mediów. Od czasów księdza Drozdowicza udostępniono tylko jedną wieżę kościoła dla zwiedzających.

Ksiądz Drozdowicz odwiedził Bazylikę Łowicką, swoją dawną parafię podczas rekolekcji bożonarodzeniowych w 2010 roku. Niestety był bez osiołka i bez szopki, bez „Kolegiatki” oraz „Wiadomości Kolegiaty”, bez góry lodowej, bez instrumentów, bez pozostałych zwierząt. Ale pocieszam się tym, że zawsze można odwiedzić księdza w jego parafii na warszawskich Bielanach.

tekst i foto: Daniel Ciesielski

 

 

Copyright © 2007 - 2014  ESTET

Register

User Registration
or Anuluj